(5)

Reportaż ze zbioru reportaży Janusza L. Sobolewskiego ''I zamknę cicho drzwi...''

Szpital psychiatryczny w Kościanie. Bokser



Przypuśćmy, że każdy psychiatra ma źle w głowie...



     P rzypuśćmy, że jak każdy psychiatra mam źle w głowie. Psychiatria leczy psychozy, choroby psychosomatyczne i nerwice. Psychoza to klasyczne zaburzenia procesów myślenia. Ze schorzeniami psychosomatycznymi mamy do czynienia wtedy, "kiedy nie pomagają łzy prawdziwe, a zaczynają płakać narządy". W nerwicach konflikt zaszyfrowany jest w symbolu. Na przykład powód choroby: strach kobiety przed zajściem w ciążę - przeradza się w symbol w formie lęku przed przejechaniem stacji w pociągu.
          Dolega mi nerwica, w takim razie i ja mam źle w głowie. Powód choroby: szpital psychiatryczny w Kościanie. Objaw choroby: agresja zdyscyplinowana w słowie i piśmie. To symbol, szyfr... tego wszystkiego, co się w szpitalu dzieje.
          Mówię ludziom, by mnie nie zaczepiali. Noli me tangere, nie dotykaj mnie, kurwa, to rzecz pierwsza. A oni nie pozwalają żyć, mają coś zawsze do mnie. Kiedy skarżę na nich, to szurają: "Ja to tam pisać nie będę - kolega kpi - ja nie jestem literat".
          Stosują różne formy ostracyzmu. Ale mniejsza z tym. Potrafię odgryźć się, no nie?
          Piłem mało, teraz nie piję w ogóle. Paliłem dużo papierosów. Nie palę. Życie spędzam w izolacji od większej grupy ludzi. Nie sądzę, bym nie umiał współżyć z nimi. Bardzo chętnie rozmawiam, dowcipkuję, ale gdy jestem sam, to nie płaczę.
          Czuję w sobie złość od dzieciństwa. Powiedziałbym, że jestem zajadły, zaprogramowany do walki. Jak bokser, pies bokser.
          Wyrzucali mnie zewsząd, od kiedy rozpocząłem życie społeczne. Wpierw odesłali z kościoła, bo odszturchnąłem się koledze ministrantowi przed ołtarzem. W szkole podstawowej i średniej przesuwali z klasy do klasy. Nie poradzili. Bo ja nigdy nie uwierzę, że czarne jest białe dlatego tylko, że uważa tak większość. Odpychali mnie. Odgryzałem się w miarę możliwości. Przeciwko większości trudno zareagować specjalnie.

     P sychiatria wzięła się u mnie z konieczności. Choruję na postępujący zanik mięśni: o, tu, dziura - brak mięśnia, nie wyprostuję palca. Z ograniczoną sprawnością ruchową nie miałem co szukać na chirurgii ani na żadnym innym kierunku zabiegowym. Nawet laryngolog operuje migdałki rękami. Interna? Każdy lekarz jest internistą po trochu. Jedyny zabieg, który muszę wykonywać od czasu do czasu jako psychiatra, to nakłucie lędźwiowe. A z tym radzę sobie niczego. Na psychiatrii spostrzegłem ponadto, że nie tylko ja jestem inny...
          Byłem takim enfant terrible. Kiedy słyszałem na zebraniu naukowym, że pani docent H. myli lizozym z lizosomem, a lizozym to białko o właściwościach bakteriobójczych, a lizosom to element morfologiczny komórki, ciarki przechodziły mi po plecach. Nie omieszkiwałem odezwać się zaraz. Tłumaczyłem, że referat dotyczył lizosomu, a pani docent mówi o lizozymach. Trudno się dziwić, że docent H. nie wzięła mnie do kliniki. Więcej: mnie nie tylko nie chciano zatrzymać w Poznaniu, ale wypychano z niego na siłę. Takiego kogoś nikt nie weźmie. Tak - tak, mówi się, on jest bardzo zdolny, ma przyszłość przed sobą, tak, tak... Niech radzi sobie sam.

Uznał mnie za głupka

          By podtrzymywać się na zdrowiu i skończyć studia, zainteresowałem się kwasem mlekowym - przedmiotem mojej choroby. Ideę stosowania kwasu mlekowego przedstawiłem profesorowi H. Na moje nieszczęście koncepcję swą ogłosili wcześniej Amerykanie. Profesor uznał więc, że ja jestem głupek, no bo gdzie mi tam do Amerykanów. Do tego pognębił mnie jeszcze panią docent H., która stwierdziła banialuki - coś odwrotnego akurat niż ja. Cóż mogłem zatem uczynić, jeśli członek rzeczywisty PAN uznał mnie za głupka? Zobaczyłem fachowe pismo niemieckie "Ärztliche Sammelblätter", ukazujące się w Stuttgarcie. Przejrzałem. Wziąłem jeden egzemplarz. No i napisałem swoje spostrzeżenia na temat kwasu mlekowego, mleczanu w ogóle. Wydrukowali. Odbitkę dałem profesorowi H. do przeczytania. Po czasie widzę: on nie zrozumiał nic z tego. Powiedziałem pani docent H., że dyskusja z profesorem jest bezowocna, bo pan profesor nie rozumie, na czym koncepcja polega. A ona rozniosła wszędzie, że ja śmiałem powiedzieć, że profesor nie rozumie. Cóż strasznego? Jeśli nie znał niemieckiego, to nie zrozumiał. Profesor znał angielski, szedł z Andersem, całą wojnę siedział w Edynburgu, wykładał tam na uniwersytecie. Angielski znał dobrze, ale niemieckiego nie znał, kurwa.
          Publikacja w "Ärztliche Sammelblätter" stała się gwoździem do trumny. Nikt mnie widzieć nie chciał od tego czasu. Kto weźmie takiego, co nie ma dyplomu, a jest już po zagranicznej publikacji? Wiadomo - nie wejdę w hieratyczne układy w klinikach, nie dam się utemperować.
          Drugą pracę wydrukowałem w Monachium. Zainteresowali się nią Hiszpanie. Gdy po raz pierwszy zobaczyłem swoje nazwisko: Jan TOMASZKIEWICZ, powielone po hiszpańsku w dużym tekście, solidnie wzmocniłem postawę - nie dawać się! Znalazłem się też we włoskiej gazecie. Skontaktowali się ze mną Amerykanie, grupa aktorów z Kalifornii, z McQueenem między innymi. Napisali, że są małą grupką, zawiązaną do pomocy w leczeniu mięśni, i czy nie zechciałbym pomocy finansowej. Jaką ja mógłbym chcieć pomoc finansową? Poszedłem do docenta P., biochemika, pytam, co zrobić. Bo wezmę dolary i zeżrą mnie tu. "Niech kolega napisze do ministerstwa" - poradził. Gdy zobaczyłem, co mnie czeka, to podziękowałem. Odpisałem, że nie chcę żadnych pieniędzy z Kalifornii, ale niech mi raczej zaprenumerują pisma fachowe na kilka lat. Wymieniłem jakie. Odpowiedzieli, że mogą dać dolary, a pism prenumerować nie będą. Chcą wydatkować pieniądze, a nie angażować się w sprowadzanie pism. Nie dostałem zatem ani dolarów, ani pism. Odetchnąłem szczęśliwy nawet, że odczepili się z tymi dolarami...
          Skończyłem staże, otrzymałem dyplom w 1961 roku, widziałem, co dzieje się na oddziałach: jeden profesor, jeden docent i tłum kobiet, przez który nie może pan przedrzeć się ze swą ideą. One nie rozumieją nic z tego, co się do nich mówi. Zorientowałem się, że nie dano by mi w Poznaniu i tak żadnych możliwości rozwoju w psychiatrii.

     M am takie okresy, że niszczę papiery. Nie lubię wspomnień... Byłem rozwiedziony po dziesięciu latach małżeństwa, teraz jestem owdowiały. Z byłą żoną, która zmarła niedawno, nie mogłem porozumieć się. Został syn, poszedł swoją drogą. Pamiętam w każdym razie, że ogłaszałem się w Chicago, w biuletynie lekarskim. Spotkałem się z deprecjonującą sugestią, że każdy chory wymyśliłby coś na swój temat. Więc dobra, mówię, przestaję myśleć o mięśniach. Leczyłem się dalej, sam oczywiście, korzystając ze środków medycyny oficjalnej. Brałem także substancje, in spe zmieniające oddychanie tkankowe, spoza medycyny, z jej obszaru nieznanego. Kiedyś zaszkodziły mi one bardzo.
          Czytam nową chirurgię, neurologię, a przede wszystkim biochemię, biofizykę. Mniej psychiatryczną prasę fachową. Bo nie obchodzi mnie, co kolega wymyślił standardowego. Wiadomo, że nic takiego przydatnego. Szukać trzeba na krańcach.
          Sięgnąłem do Chomskiego, do gramatyki generatywnej. Wpadłem na pomysł, jak zastosować osiągnięcia gramatyki generatywnej w psychiatrii. Wszystkie metody psychoterapeutyczne posługiwały się dotąd słowem przede wszystkim, czyli zmierzały do ośrodka mowy, który znajduje się w lewej półkuli mózgu. Doszedłem do wniosku, że emocje, które decydują o zachowaniu się człowieka, nie mieszczą się w lewej, lecz w prawej półkuli mózgu. W tej zatem, która zawiaduje lewą ręką. Należy więc porzucić bodźce słowne i uczynnić prawą półkulę mózgu przez wykorzystanie lewej ręki. Moja terapia, wpływająca na emocje, poleca pisanie słów o największym znaczeniu emocjonalnym dla pacjenta - lewą ręką. Oduczyłem się palenia papierosów. Domniemywam, że dzięki temu.
          Ideę terapii chciałem opublikować w Polsce. Nie miałem do kogo się zwrócić. No bo co tam... lewa ręka?..., on ma źle w głowie! Koncepcję posłałem do Heidelbergu. Ukazała się na początku 1978 roku w międzynarodowym piśmie "Praxis der Psychotherapie", sformułowana jako metoda psychoterapii. Tak docenili. W 1981 roku dowiedziałem się o książce Amerykanki Betty Edwards "Drawing on the right side of the brain", wydanej w USA w 1979 roku. Prezentuje w niej moją koncepcję żywcem bez poinformowania o źródle inspiracji. Dociekam praw autorskiego pierwszeństwa. Nawet w Polsce nie kwapią się z wydrukowaniem pism wyjaśniających.

Byłem jej na rękę

          Szukałem pracy po studiach. Spotkałem kolegę. "Gdzie biegasz, stary, skoro masz Kościan pod nosem". Wydawało mi się, że w szpitalu psychiatrycznym w Kościanie, znanym w Polsce, nie ma miejsca dla mnie. "Coś ty, tam nie ma lekarzy w ogóle" - kolega na to. Rzeczywiście. Pani dyrektor K., taka życiowo oblatana, przyjęła mnie. Zorientowała się, jakim jestem typem. Prowadziła politykę mieszania: młodych przeciwstawiała starym, starych młodym, partyjnych bezpartyjnym, robotników inteligentom, inteligentów inteligentom... Byłem jej na rękę. Dała mnie od razu do najzłośliwszego lekarza. Ustawiłem kolejność dziobania intelektualnego na swoją korzyść, chyba przygniotłem faceta ku radości dyrektorki K.
          Działała wtedy, za Gomułki, słynna ekipa zamieszana w nadużycia lekowe. Dyrektorka K. cieszyła się poparciem w ministerstwie zdrowia u G. Przed wojną mogła być najwyżej salową. Teraz korzystała. Był taki okres, kiedy wystarczyło przedstawić świadków, że się studiowało. Na tej podstawie dopuszczano do egzaminu dyplomowego. Ona tak zrobiła. Dostała dyplom w tak zwanym Uniwersytecie Ziem Zachodnich. Wiadomo, trwała walka polityczna, a ona działała w Plenum PZPR. (Większość osób, przedstawiających świadków w UZZ, miała naturalnie studia). Brak studiów wykazała jej pamiętna weryfikacja na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Niemniej jednak stwierdzono brak przeszkód w uznaniu jej dyplomu, ponieważ G. pracował jeszcze w ministerstwie.
          Pani dyrektor K., gdy wynikały jakiekolwiek trudności w szpitalu, wykonywała pierwszy telefon do Komitetu PZPR. Podobało się władzom, że potrzebuje ich pomocy. Że kobieta biedna, straciła męża w czasie wojny. Dzieci małe, a drugi mąż zdradza, aby zostawić w końcu. Była taka, że pisała donosy na męża nawet, skłócała wszystkich, nie mówiąc o tym, że nie miała pojęcia o medycynie w ogóle.

     S zpital psychiatryczny w Kościanie istnieje ponad sto lat. Budynki szpitalne wzniesiono przed zaborami. Dawniej - czołowy szpital w Polsce, wprowadzający światowe nowinki psychiatryczne. W psychiatrii panowała psychoanaliza i szpital propagował psychoanalizę. Tu bywali uczniowie Stekla, psychoanalityka z rodziny freudowskiej, na przykład Golonka, kształcony w Wiedniu. Bywał Miciński, przyjaciel Golonki. Szpital nastawiony na psychoterapię w sensie freudowskim wprowadzał otwarte drzwi, nie stosował rygorów, kajdan, które widywano u czubków przed wojną. Stanowił prawdziwe ognisko myśli w przedwojennej Polsce. Dbano o jego rozwój: wybudowano basen kąpielowy, po którym zostały zdjęcia, założono muzeum szpitalnictwa psychiatrycznego, gdzie wystawiano słynne kajdany... Wydawano własne pismo, może nawet dwa.
          Po wojnie wrócił do Kościana Oskar Bielawski, by to wszystko odnowić, postawić znów na nogi. Przeforsował ideę uczynienia ze szpitala sanatorium dla całej Polski. Stworzył autentyczny zespół sanatoriów Ziemi Kościańskiej. Przejął pałace i obiekty wokół miasta w Wonieściu, Spławiu, Siekowie, Mościszkach, Cichowie. Doktor Oskar Bielawski stał się twórcą powojennego splendoru Kościana. Prawdziwy psychiatra, znakomity lekarz i organizator. On adaptował też Czarków, w którym nie mieliśmy oddziału. Zwykłe budynki nazwał willami, by wprowadzić nastrój sanatoryjny, by ludzi nie deprymować, by tu przyjeżdżali, by czuli się dobrze.
          Ale zaczęli wracać po robotach w Niemczech dawni pielęgniarze z czterema klasami. Poczuli się właścicielami Polski Ludowej. Oskar Bielawski był tym dyrektorem sprzed wojny, tym krwiopijcą, którego należało zniszczyć. Znaleziono pretekst, że rządził apodyktycznie, jednoosobowo, a należało kolektywnie. Bielawski trzymał się dość długo nawet, bo był kumplem Sztachelskiego, ministra zdrowia. Razem szli jakimś szlakiem bojowym z oflagu. Ale nawet minister go nie uchronił.

Władczyni Wschodu

          Po Październiku 1956 przyszła K. jak odnowicielka. Wyobraźmy sobie, po takim człowieku jak Bielawski przyszedł tu ktoś, kto nie miał studiów. Co się zaczęło dziać..., wszystko nagle opadło, wszyscy mieli w dupie, za przeproszeniem, to, co zostawił poprzednik.

     M ieszkałem na stałe w Poznaniu, nadal mieszkam, przyjeżdżałem do Kościana i wyjeżdżałem. Nie wchodziłem w kontakty towarzyskie. Ci pielęgniarze nie byli zresztą zbyt chętni, żeby je nawiązywać. Dyrektorka K. á la władczyni Wschodu: w purpurze, złotych pantofelkach. Bizancjum: gruba kobieta ubrana w tiule, przetykane złotem, karząca gestem, wymagająca, dyrygująca, obnażająca dosłownie swoje krocze. Wszyscy wokół na klęczkach, kłaniają się jej w pół, całują po rękach, nogach i po różnych innych częściach ciała. Ona leży w łóżku, bo przez pół roku odgrywa chorą. Rządzi z łóżka, o czym wiedzą w całej Polsce. Prowadzi listy obecności odwiedzających ją. Trzeba ją odwiedzać, bo jeśli się nie odwiedzi, to ma się minus. Na ścianie wisi karta, na której odkreśla pracowników od personelu średniego do wyższego. Gdy ktoś nie przyjdzie, mówi: "O, nie byłeś u mnie. Widzisz, źle. A zobacz tu, ile razy twój kolega był. On dwa razy dziennie potrafi przyjść". Cała atmosfera w Kościanie: ona jest królową, której wdzięki należy podziwiać. A wokół niej lizidupy, które rozpoczynają dzień pracy od pokłonienia się pani dyrektor. Ja wśród nich. Bo K. wszystkich ostrzejszych, którzy mogli coś powiedzieć, wyeliminowała. Przepych i hołdy. Taki obraz. Liczył się tylko splendor pani dyrektor. Pani dyrektor w radiu, pani dyrektor w gazecie, pani dyrektor w futrze. Pani dyrektor robiła spektakularne numery. Gdy napadało trochę śniegu, wołała jednostkę wojskową, by dostarczyć helikopterem ją i żywność na oddział dziecięcy. I zdjęcie w "Expressie": pani dyrektor w otoczeniu oficerów i helikoptera.
          Potrafiła działać. Kiedy udawała się do sądu w Poznaniu, to sąd cały zawieszał działalność. Robiło się wielkie przyjęcie, bo K. z Kościana przyjechała badać podsądnych. Mogę świadczyć, bo ja z nią jeździłem. Było mi głupio, kiedy ona wchodziła do środka. Igrce działy się w gabinecie prezesa sądu. Wylała mu sardynki na spodnie. Opowiadała potem, jakie prezes nosi kalesony... Mdliło mnie, ale okazywało się, że tak ma być.
          Imieniny? Wiedziałem, kiedy dzień Krystyny. Lecz dawać prezenty? Mało - dary! Bo ona mówiła: "Czy ty myślisz, że ja to jem?". Wymagała darów. Dary zanoszono przy każdej okazji. Określili mnie: "On nie jest obyty towarzysko, on nie umie się zachować". Odtrącili. Ja do nich nie ciążyłem. Mnie nie interesowało, z kim pani dyrektor śpi, kogo zaprosiła na kolację. Żyłem sobą, by zdążyć do Poznania, do biblioteki lekarskiej na Sierocej, i poczytać coś przed jej zamknięciem. O czwartej trzydzieści rano wychodziłem z domu. Przyjeżdżałem na siódmą do Kościana i do ósmej czekałem, aż K. zrobi zebranie. Wymagała i musiałem tak zapierdalać. Ona przekazywała mi przez kolegów, by do moich referatów, przygotowywanych dla Towarzystwa Psychiatrycznego, dopisywać jej nazwisko. Dopisywałem. Kiedy zasłużyłem się w ten sposób, to dostępowałem zaszczytów. Jak po jakiejś libacji zostawały barszcze czy pieczenie - to zapraszała na poprawiny. I leżąc w łóżku, w tiulach, darzyła sympatia niejakiego G., psychologa. Posyłała mnie niby do lodówki... A ona wychodziła wtedy z tego łóżka, z tych tiulów, i tym kroczem jak taki pająk wielki celowała w niego. To był Kościan... i kościarewskość.
          Na początku lat siedemdziesiątych - po moim referacie w Towarzystwie Psychiatrycznym, dotyczącym bodaj egzystencjalizmu w psychiatrii - awansowała mnie na ordynatora oddziału żeńskiego. Wiedziała, że człowiekowi można odebrać wszystko, a on poradzi, ale gdy mu się odbierze czas, to nie zrobi nic już za cholerę. Tak też się stało ze mną.
          Siedzę na tym ordynatorstwie do tej pory... Chciałem wydrukować pracę w "Psychiatrii Polskiej", która mogłaby stać się doktoratem. Pozytywną opinię wyraził profesor D. Ale profesor B., znajomy K., odpisał, że praca jest niewarta wydrukowania. K. miała uciechę wielką, że mi B. dopieprzył.
          O stopniu zażyłości z K. świadczy jedno: wszyscy ordynatorzy byli z nią na "ty" z wyjątkiem mnie. Trzymała na dystans, mówiła mi: "Ty, Jasiu, jesteś głupek, ty masz głowę w obłokach". Nie powiem, odpowiadało mi, że całe otoczenie zajęło się biciem hołdów pani dyrektor. Przynajmniej nie przeszkadzało w osobistych zainteresowaniach. Obojętność tych ludzi wobec mnie sięgała doskonałości. Ich nie dało się zainteresować żadnym tematem. Siedziałem w Kościanie, bo stwierdziłem, że w Poznaniu zorientowaliby się, że mogę coś wymyślić i wykończyli, a w Kościanie im nawet do głowy nie przyjdzie, że mogę w ogóle myśleć.

     S anatorium Oskara Bielawskiego przerobiono w końcu na zwykły szpital jak każdy inny w Polsce. Szpital - sanatorium kłuł w oczy, ponadto atmosferę w Kościanie psuła nasza dyrekcja. No bo czyż może być w Kościanie poważne sanatorium, skoro rządzi nim takie monstrum? Dali nam rejon, nazwali Wojewódzkim Szpitalem dla Nerwowo i Psychicznie Chorych. Przekreślono w ten sposób do końca spadek po Bielawskim.
          Z roku na rok działo się coraz gorzej. Dachy ciekły, budynki zapadały się. K. czuła, że coś nie w porządku i że zaczyna się chwiać jej pozycja. Zachorował najpoważniejszy wspomożyciel K., wieczny wicedyrektor D., prawdziwy lekarz, któremu nie mogę wybaczyć, że ją wspierał. "Nie dam rady, ona zadzwoni do ministerstwa i dostaniemy w dupę" - tłumaczył się. K. - ze strachu - też się położyła. W takim momencie zdecydowałem się na uderzenie. Moja pozycja nie przedstawiała się wcale licho.
          Ciągnęło się za mną: "Wy, uważajcie - przenoszono - bo to jest taki ZMP-owiec". Nieźle rysowałem, więc przed Październikiem 1956 redagowałem gazetki "Błyskawica", w duchu epoki piętnujące "wsteczne postawy i złe zachowania". No, jestem taki. Jeszcze przed uzyskaniem dyplomu wstąpiłem do partii. Uważałem zawsze, że lepiej być zimnym albo gorącym niż letnim. Jak już pociągnąć, to do końca. Wyczuwam emocjonalnie, że idzie za mną rok 1956. Moim wzorcem stała się postawa Sz., działacza młodzieżowego i partyjnego w Poznaniu. Pamiętam, jak on w auli Maiusa stanął wobec całego tłumu studentów wygrażającego mu, lżącego i żądającego wyjaśnień. Wszyscy krzyczeli razem, unisono. On jeden nie ugiął się. "Ja się przed wami nie będę tłumaczył, ja się wytłumaczę przed Partią" - tak powiedział. Zaimponował mi, wzbudził podziw bez ważenia racji. To mi się, kurwa, podobało. Bo lubię ludzi, którzy potrafią stanąć przeciw masie. Bo ja nie lubię siły, nie lubię przemocy i nie lubię większości. Sz. wyciszył się potem politycznie, zrobił doktorat i pracuje dziś w jednym ze szpitali w Poznaniu. A za mną szło to, co on zrobił, zaowocowała we mnie jego postawa.

Człowiek Renesansu

          Dałem się poznać w Komitecie Powiatowym PZPR w Kościanie, potem w Komitecie Wojewódzkim PZPR w Poznaniu i Lesznie. Zabierałem głos na zebraniach, pisałem petycje, skargi do KW, dobijałem się o właściwe stosunki kadrowe. Zauważono mój artykuł w "Argumentach" pod tytułem "Jak żyć warto?", jego poziom polityczny: ''Praktyczna możliwość rzeczywistego zrealizowania ludzkiego dążenia do osiągania pełni życia jest fenomenem demokracji socjalistycznej. Ta forma egzystencji ludzkiej - mająca swój pierwowzór w postawie ''człowieka Renesansu'' - polegająca na jednoczesnym urzeczywistnianiu, ze znaczną intensywnością, wybitnie różniących się między sobą sposobów życia i osiągania różnych celów, może być w takim samym stopniu wcielana w życie jak idea realizowania pojedynczych celów i dawania ujścia przede wszystkim jednemu, naczelnemu zamiłowaniu''.
          Stawałem się coraz silniejszy. I to dlatego mogłem rozpocząć walkę z dyrektorką K. W KP PZPR w Kościanie I sekretarzem był wtedy niejaki G. Skorzystałem, że funkcję II sekretarza piastowała Jadwiga B., dawna moja uczennica, potem pielęgniarka i dyrektorka szkoły pielęgniarskiej. Wykorzystując to wejście, zbierając podpisy kolegów pod petycją do KP PZPR, udało mi się usunąć K. KP wystąpił do KW o cofniecie rekomendacji K. i jej odwołanie. I mimo, iż miałem akceptację KP PZPR, mimo iż Zasada, dawny I sekretarz KW PZPR w Poznaniu, stanął za mną, to jeszcze ona nie chciała odejść definitywnie. Jeszcze ministerstwo nie mianowało nowego dyrektora. Przejąłem rządy. Na jakiś czas.
          Moje rządzenie w szpitalu po K. zakończyło się też pismem do KW. Czyimś. Za niewykonanie polecenia zwolniłem jednego psychologa, co się wielu możnym nie spodobało. Obowiązki dyrektora pełnił po mnie jakiś czas M. Jego brat nosił sutannę, więc wszyscy uznali, że M. jest jedną nogą w niebie. On też tak uważał, święty człowiek. W szpitalu prowadził prywatną praktykę nad Izbą Przyjęć. Pacjentów nie wpuszczał do ubikacji. Szczali pod oknami Izby Przyjęć podczas mego dyżuru.
          M. miał chrapkę zostać dyrektorem, bo drugą nogę trzymał w KW w Poznaniu. Kuzynka jego żony była żoną dyrektora Ptaszkowa - za czasów Gierka pierwszego PGR-u w Polsce. Kiedy zaprotestowałem, to wszyscy ruszyli z ryjem na mnie, bo miał dojście do Gierka i do Boga. Ale ja rąbnąłem dokładnie: i w to szczanie, i w prywatną praktykę. I dyrektorem nie został.
          Dyrektorem zrobiono ostatecznie kolegę T., który całe życie spędził na oddziale dziecięcym w Cichowie. Niech zostanie, myślę, bo żal - tyle lat na zadupiu. Urodził się na wsi, tyle co studia skończył w mieście, i znowu wrócił na wieś. Niech z tego życia coś ma. Zakładałem, że współpraca z nim ułoży się jakoś. Nie wziąłem pod uwagę, że T. to kumpel wszystkich od kielicha.

     T.  przywrócił praktyki, które ja chciałem usunąć. Zrobiło się jeszcze gorzej niż za dyrektorki K. Tak to wygląda: dzień rozpoczyna się i kończy na pijaństwie, gdyż T. stosuje bankietową formę rządzenia. Był trzy razy na reanimacji z powodu zatrucia alkoholem. Pił kominówy, niektórzy podejrzewali, że zakrapiane czymś. Nie ma nic do powiedzenia. Od decyzji ucieka w bankiety. On - najchętniej go nie ma. Gdy wynika problem w szpitalu, to on w nogi. Jest zebranie zapowiedziane ostro - on wyjeżdża. Od rana go nie ma. Niedaleko mieszkają teściowie, może zaszywa się u nich.
          Nie chce wiedzieć o niczym. Dzwonię z problemem. "Dlaczego mnie to mówisz?" - odpowiada. Napisałem do satyrycznych "Szpilek" o niszczeniu drzew w szpitalu. "Czemu mnie to pokazujesz, to mnie nie dotyczy, pod złym adresem". Kurde, kogo to w takim razie dotyczy?

Tylko satyra mi została

          Na oddziałach pojawia się bardzo rzadko. Ostatnio nie bywa w ogóle. Unika oddziałów, nie rozumie psychiatrii, nie miał z nią do czynienia przez całe życie. Zrobi się cieplej, to będzie jeździł rowerem. No, jak można zatrzymać dyrektora na rowerze? Przyjeżdża rowerem i nikt nie śmie zbliżyć się, żeby się nie przewrócił. Albo samochodem jedzie. Ma furtkę w murze i śmiga jak błyskawica na ogródek działkowy. Gdyby szedł, każdy: "Panie dyrektorze..." - zwracałby się ze sprawami. Kiedy widzi, że stoję na przykład przy Izbie Przyjęć, to omija mnie szerokim łukiem. Tak idzie. Mogę go wziąć jedynie przez zaskoczenie. Wypadnę nagle, a on wejdzie na mnie. No, wtedy ewentualnie odpowie "dzień dobry".
          Wykazywałem na zewnątrz, że jest nieudolny, traci kontakt i że się nie nadaje. Kumple powiedzieli, że ja go wykańczam, że to przeze mnie zatruł się alkoholem..., tak przeżywa. Siedzi teraz zamknięty, nie widać go. Gdybym zadzwonił, nie chciałby rozmawiać. Więc wpierw przedstawiam sprawę sekretarce, żeby nie wystraszył się nagle, że ja czegoś chcę.
          Tak się tu żyje. Szpital idzie w ruinę. Z pękniętej rury na drugim piętrze woda przelatuje aż na parter do pacjentów. W administracji się leje, na oddziałach się leje, ściany zaciekają albo rozsypują się. Brygada ślusarzy stuka codziennie w kaloryfery. Obłęd i komedia od lat. Gdy napuszczą wodę, cieknie po ścianach. Wypuszczają - to zimno. Mury zapadają się. A nasze Samodzielne Przedsiębiorstwo Remontowo - Budowlane stawia piramidę nonsensu w Mościszkach. Komuś ona potrzebna, skoro miejscowa telewizja nadała kilka programów na ten temat. Towarzysz M. przerabia budynek obory czy chlewu na dom starców dla rolników. Tylko co to ma wspólnego ze szpitalem psychiatrycznym?
          Występuję uparcie o porządek, ślę pisma, piszę do gazet, żeby zupa nie rozlewała się w bajora po posadzkach. Warto popatrzeć po dwunastej, jak pacjenci kroczą po oślizgłych stopniach. Włos staje dęba na głowie. Żywienie obrzydliwe, bez wartości odżywczej, zimne. Trzy razy w ciągu dnia, bez względu na deszcz czy śnieg, rozwozi się je po półkilometrowej trasie wózkami w obskurnych, nieszczelnych wiadrach. Od lat sześciuset pacjentów w trzynastu oddziałach je posiłki nie tylko zimne, ale i zanieczyszczone kurzem, deszczem czy śniegiem. Drukowałem o tym w "Szpilkach". Tylko satyra mi została. Lokalne pisma nie puściłyby bez telefonu do Wydziału Zdrowia. A ciuchy? Mnie opiorą jeszcze, bo z personelem żyję dobrze, ale pozostałych... Najlepsze rzeczy: ręczniki, fartuchy wybiera z magazynu najpierw administracja, na oddziały trafiają odpady. Ten szpital, który mógłby istnieć bez chorych i lekarzy, nie zapewnia nawet minimalnej opieki pacjentom.

     J eśli dyrektorka K. pilnowała wszystkiego sama, wydawała osobiście nawet papier toaletowy, to naczelny T. zdegradował się do poziomu wicedyrektora do spraw leczniczych. Rządzenie szpitalem przejął wicedyrektor do spraw organizacyjnych Ł. Ł.? Ja nie mam nic do tego człowieka. Był przewodniczącym Powiatowej Rady Narodowej i witał Chruszczowa na naszym terenie, jest odznaczony i w ogóle. Był radnym wojewódzkim do ostatnich wyborów i na pewno ma duże zasługi w tak zwanym budownictwie socjalistycznym. Ale, za przeproszeniem, to czteroklasista. Śrubki nie dostanie się bez jego podpisu, firany nie zacerują, bo on uchwycił stery w swoje ręce. O mentalności Ł. świadczy jego wypowiedź na temat Czarkowa, gdzie pacjenci mają gorsze warunki niż świnie. On zauważył, że dla t y c h ludzi te warunki wystarczą. Ten czteroklasista, który po polsku nie umie mówić poprawnie, ma ludzi w pogardzie, bo to on jest t e n człowiek. Dla niego procenty i ułamki są tak straszne, że z kursu we Wrocławiu wrócił z zawałem serca. "Wiecie, czego ode mnie chcieli? Ułamków" - rozpowiadał. A taki bystrzacha, że drewniane balkony pozamieniał na cementowe. "To jak pan wybuduje duży balkon, skoro ma pan dokumentację tylko na mały?" - pytam go. "Wszystko pomnożę przez dwa i będzie" - powiedział. Tak budował, aż zawalił się sufit w naszej kawiarence. Na szczęście nie było ofiar. Ale on buduje w ten sposób: mnoży przez dwa i ma.
          Postawił teraz kostnicę przy szpitalnym Domu Kultury. W DK odbywają się zabawy od czasu do czasu, które urządza miejski PCK, szpital czy związki zawodowe. Czekam, kiedy w kostnicy położą pierwsze zwłoki. Jaki brak wyobraźni, jaka pogarda dla człowieka. Ł. mówi, że to tymczasowa kostnica. A czy ktoś tymczasowo też umiera? Gdzie szacunek dla rodzin zmarłych?
          Pod dyrekcją, przy białym płocie, rósł olbrzymi kasztan. Obciął go. Następne drzewa skrócił do połowy pod hasłem "Odmładzamy zieleń". Po pięknych kasztanach pozostał rząd gołych pni. Podniosłem wrzask, wydrukowali zdjęcie w gazecie. Bez echa. Między częścią szpitalną a gospodarczą piął się żywopłot bzowy na trzy, cztery metry w górę. A oni przyszli z nożycami jakby na złość i obcięli do metra dwadzieścia. W Cichowie mieliśmy żywopłot - zabytek architektury ogrodniczej. Kazał go wyciąć. I nie ma zabytku. Teraz zabrali się do podwórka, które "weneckim" nazwał Oskar Bielawski, fantasta. Ł. wykoncypował: "Zacznę od drzew na podwórku, zobaczę, czy ktoś podniesie głos. Potem skrócimy aleję lipową". Najbardziej zależy mu na tej alei. Żeby ją przyciąć. Żeby zniszczyć. Żeby było równo i regularnie. Naciął się, bo napisałem o tym. Chcę go zatrzymać w dalszym niszczeniu. Gdybym nie napisał, wyciąłby lipy w tym roku. Cel niszczenia? Nawet telewizja miejscowa zastanawiała się nad tym. Komu przeszkadzają drzewa? Nikt nie wie. Skąd pasja niszczenia? Czy on chce pokazać aktywność, czego to on nie potrafi? W małym mieście są mali ludzie i muszą mieć małe drzewka - od dawna powtarzam.

     O d dziesięciu lat walczę o poręcz przy schodach do Izby Przyjęć. Jest ona potrzebna wszystkim wchodzącym do budynku, nie tylko mnie. Założyli, ale za krótką. Z trudem mogę wejść po niej do góry. A i tak rozgłaszają, że to ja kazałem zawiesić sobie poręcz. Tam powinna być nie jedna, ale trzy poręcze - po bokach i przez środek - bo kiedy pogotowia przywożą psychozy, to noszowi wykonują cyrkowe akrobacje na śliskich schodach. Przy Domu Kultury nie ma poręczy. Bo po co mają tam wchodzić pacjenci z neurologii czy z rehabilitacji. Psuć estetykę? W administracji też nie ma poręczy. Nie chcą, by kulasy jakieś wdrapywały się do biur.
          Kilka lat temu na naszym terenie, gdzie było tyle drzew, wybudowano fabrykę papierosów. I to bez kotłowni. Podciągnięto parowóz, by dawał ciepłą wodę. Wielki parowóz. Można to sobie wyobrazić. Na terenie szpitala. Sanatorium. Pacjenci opalali się tam kiedyś. Sadze leciały w oczy, bo parowóz dymił. Ileż nagardłowałem się, dokąd nie ponapisywałem. W końcu pocięli parowóz, ciepłą wodę przeprowadzili z cukrowni rurociągiem, górą nad jezdnią. Ale sprawa pozostała. Wszystkie znaki świadczą o upadku szpitala i o rozbudowie monopolu tytoniowego. Najważniejsze, by nie dopuścić do budowy nowej hali. Nie dość, że monopol stoi na gruncie odebranym nam, że w lecie mdłości można dostać od tytoniu, do tego cukrownia smrodzi nie do wytrzymania, to basen przeciwpożarowy wykopali na terenie aktualnie naszym, a wicewojewodzina stwierdza, że gdy będzie potrzeba, to monopol wchłonie szpital jeszcze bardziej.
          Mimo iż szpital zmienia się w ruinę, mimo straszliwego upadku w stosunku do innych szpitali w Polsce i prawie żadnego zaplecza materialnego i ludzkiego, to pacjenci chcą tu przyjeżdżać. Nie wybiorą Gniezna chociażby. Będą się dobijać do nas. Cenią to, co jest zasługa moją - powiem wprost - że z pacjentów nie tworzymy sformalizowanych grup. Nie leczymy w obozie, gdzie wszystko jest pod sznurek, na rozkaz. Króluje u nas swoboda. Pacjenci mają wolną rękę, a na oddziały otwarte można wejść z zewnątrz. Dajemy ludziom wolność po prostu.

Strzelali z procy zza kościoła

          Wiele lat zbierałem pieniądze, ograniczając potrzeby do minimum. Wielkim nakładem starań i skąpstwa kupiłem mieszkanie M3 na osiedlu Kopernika w Poznaniu. Po Sierpniu '80, który zrodził w szpitalu wybuch strasznej zawiści i nienawiści, wytknięto mi, że mieszkanie dostałem od PZPR. Wyskoczyli z krzykiem, że szpital służy interesom Jasia i Marysi. Czyli moim i doktor B., I sekretarza Komitetu Zakładowego PZPR. Ta kobieta też nie dostała nic od partii. Zaatakowano nas, bo stanowiliśmy siłę moralno - polityczno - sankcjonującą. Przeszkadzaliśmy zawsze. Żądaliśmy, przykładowo, zwolnienia lekarza stomatologa, który dokonał czynu nierządnego z nieletnią. Nie podobaliśmy się kolegom: "Jak oni śmieli?" - wołano. Zabraliśmy się do kontrolowania kuchni, oszukującej na posiłkach. Żądaliśmy sprawozdań z działalności szpitalnego gospodarstwa rolnego. Weryfikowaliśmy stan kadry pielęgniarskiej, słowem - patrzyliśmy kierownictwu na ręce. Nienawidzili nas za to. Największy zarzut pod moim adresem brzmiał: "Kazał pobrać krew na alkohol od pielęgniarza z prosektorium". No bo jak śmiałem podskakiwać, gdy cały personel pomocniczy chodzi pijany?
          Przewodniczącym "Solidarności" został magister wuefu, a etat w tym związku przejął B., który zrezygnował z członkostwa w Komitecie Zakładowym. Szumiało ponadto kilku pielęgniarzy i lekarzy psychologów po KUL-u. Rozważali możliwość strzelania do członków partii. Śmieszni aż. Znalazłem się w sytuacji gorszej niż Sz. w 1956 roku. On stawał przeciwko ludziom kulturalnym w miarę, cywilizowanym. Ja przeciwstawiałem się takim, co chowali w rękawie kamienie i rzucali nimi w moje okno. Albo strzelali z procy zza kościoła, kiedy stałem przy sanitarce. W gabinecie wyłączyli mi kaloryfer na dwa lata, żeby ukarać... PZPR stała się przedmiotem szczególnej nienawiści aktywistów "Solidarności", a zarazem członków partii. Obelgi, pomówienia, oszczerstwa...
          Po stanie wojennym nie zmieniło się właściwie nic. Naczelnego T. zastępował wicedyrektor organizacyjny Ł. Stołek wicedyrektora utrzymał też G., wielki entuzjasta "Solidarności", który miał ambicje być jej doradcą. PZPR opanowali solidarnościowcy z B. na czele, który drżał, bo miał siedem klas z trudem, a zajmował stanowisko kierownika gabinetu fizykoterapii, przeznaczone dla lekarza. Zagrożono mi skreśleniem z listy członków partii, ponieważ przestałem uczęszczać na zebrania partyjne. Fakt, takiej egzekutywy, tych krzykaczy, którzy zniszczyli Komitet Zakładowy, i takiego sekretarza B. nie respektowałem.

     P raktykują u mnie studenci, słuchacze z całej Polski. Obserwują, co wyrabiam. Dziwią się i pytają, czy nie spotykają mnie jakieś represje za aktywność, za pisma do władz, za zdjęcia w prasie drzewek, wiader z zupą, parowozu... No, odpowiadam, no nie spotykają mnie żadne represje. Bo tu są tacy ludzie. Cóż mogą mi oni zrobić? Odpowiedzą na skargę? Nie odpowiedzą, bo oni tym piórem machać nie potrafią nawet. To co zrobią? Oni będą szeptać na mnie, nastawiać takich, co rzucają kamieniami. Wysyłać anonimy do ministerstwa, że jestem zboczony seksualnie. Wielokrotnie odmówią przydziału samochodu dla inwalidy. Nie założą poręczy, wyłączą wodę albo zakręcą kaloryfer. To mogą, bo po latach molestowań, że codzienne dojazdy pociągiem z Poznania zagrażają mojemu życiu, otrzymałem pokój służbowy na oddziale. I mieszkam pół życia wśród myszy i karaluchów, osypującego się tynku, wilgoci. W szpitalnym sercu, a raczej brzuchu. Na mojej ścianie osiadają bowiem pary, płyny, zapachy, posiłki sąsiadującej kuchni.
          Osobiste plany? Muszę przede wszystkim wygrać z Amerykanami, dowieść mojego autorstwa psychoterapeutycznej metody lewej ręki, bo mnie wkurzają. Powalczę też z monopolem tytoniowym i dyrektorem Ł. o zieleń, by nie zobojętnieć...

          PS. ...Rany, cóż ja tu nagadałem... Przepraszam bardzo. Niemożliwe, by to ktokolwiek przeczytał. Zamierzałem nadać wypowiedzi formę anegdotyczną, określającą cechy mojej osobowości, zarysowującą charakter środowiska, w którym przyszło mi żyć. Fakty - choć prawdziwe - okazały się paszkwilem, słowa - zbiorem nieznośnie ekshibicjonistycznych i megalomańskich wynurzeń. Jestem przerażony. Nie potrafię wyrazić nawet swego przerażenia. Cechuje mnie odwaga, ale nie jestem samobójcą, by podejmować działania wbrew prawu ciążenia. Ja - główny psychiatra - za chwilę słabości zapłaciłbym drogo: usunięto by mnie z Kościana do Domu Pomocy Społecznej, jeśli głupie wiadra z zupą wywołują w szpitalu atmosferę napięcia. Ktoś zapyta, czy jednostka powinna poświęcić swój los i interes dla ogółu? Mój marny los? Bo mój los jest marny. Ma wszak wartość dla mnie. Nie mogę udźwignąć ciężaru zadania i poświęcić się...


(pierwodruk: "Życie Literackie")

     E pilog
(po ćwierćwieczu, suplement internetowy)



Tu mieszkała i pracowała


1. 2.   Wrzesień, 2007

          1. Zaproszenie: Fundatorzy oraz organizatorzy zapraszają na uroczyste odsłonięcie tablicy zadedykowane pamięci dr Krystyny K., dyrektora szpitala w latach 1957 - 1974, znakomitego lekarza, wybitnego organizatora, człowieka w pełni oddanego ludziom. 10 września 2007 r. o godz. 12 - w budynku Dyrekcji Wojewódzkiego Szpitala Neuropsychiatrycznego w Kościanie, pl. Paderewskiego 1a.
          2. Tablica na ścianie Dyrekcji Wojewódzkiego Szpitala Neuropsychiatrycznego w Kościanie głosi: Pamięci doktor Krystyny K., dyrektora tego szpitala w latach 1957 - 1974, znakomitego lekarza, wybitnego organizatora, człowieka w pełni oddanego ludziom. Tu mieszkała i pracowała.

Więził poetę

          "Wprost" 1998/nr 44: Los poety. Kilka razy, zazwyczaj o późnej porze, emitowano stary film biograficzny o Władysławie Broniewskim, jakby w przypomnieniu postaci i losów tego poety mogło być coś niestosownego. Broniewski, twórca wybitny, aczkolwiek w wąskim wycinku czasowym nieco kontrowersyjny, ciągle jeszcze nie ma - poza Jerzym Giedroyciem - dobrej prasy. Nawet we lwowskim więzieniu czy syberyjskim łagrze nie dał się sprowadzić do poziomu zdrajcy ojczyzny i nie podpisał żadnego serwilistycznego wobec sowieckiej władzy manifestu, nie wypowiedział wrogiego Polsce słowa.
          Dramatyczną konstytucją losów tego poety legionisty i powtórką tragicznych doświadczeń z Syberii było umieszczenie go siłą, na polecenie Jakuba Bermana, pod pretekstem alkoholizmu, w Sanatorium dla Nerwowo Chorych w Kościanie. Przed kilkoma laty w szczególny sposób upamiętniono przymusowy pobyt Broniewskiego w kościańskim zakładzie psychiatrycznym. Szpitalowi uroczyście nadano imię Oskara Bielewskiego, dyrektora, który na rozkaz UB więził w nim poetę. Fakt, że ten człowiek stracił dyrektorski stołek na fali październikowej odnowy, nie wzbudza jakoś żadnych refleksji.
          JAN A. TOMASZKIEWICZ, Poznań


Zignorowany

           @FYM
Witaj,
Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że imię dra Bielawskiego nadano kościańskiemu szpitalowi już w wolnej Polsce (procedurę rozpoczęto w 1992 roku).
Protestował przeciw temu lekarz tego szpitala - psychiatra Adam Tomaszkiewicz.
Został przez społeczność Kościana zignorowany (typowe "robienie wariata", nazywanie oszołomem itp.).
Stanął nawet przed sądem za szkalowanie pamięci dra Bielawskiego. Sąd podczas niejawnego (!) przewodu zrzucił na oskarżonego obowiązek przeprowadzenia dowodu na niegodziwości Bielawskiego.
Skąd lekarz, mieszkaniec małej miejscowości (na dodatek niepełnosprawny ruchowo!) miał zdobyć akta, dokumenty, świadectwa żyjących jeszcze osób znających sprawę?
Przegrał. Został skazany bodajże na pół roku w zawiasach (mogę się mylić co do szczegółów). Zmuszono go do odejścia na emeryturę.
A dr Bielawski - bierny wykonawca zbrodniczych decyzji Sztachelskiego i Bermana, wyrzucony z funkcji dyrektora szpitala w kwietniu 1957 roku na fali destalinizacji, został uhonorowany przez III RP :-)
Pomniczek wystawiła mu też lokalna GW: http://miasta.gazeta.pl/poznan/1,36031,5025314.html Dziwne to wszystko...
Maciej Gawlikowski812
09.04.2008 - 19:11

          Glosa
Kiedy Joanna Siedlecka w 2005 r. wydała swoją ''Obławę'', niespodziewanie otrzymałem [str. 13-15] coś, czego z powodu intensywnego ''oporu urzędniczej materii'' wcześniej nie udało mi się uzyskać. Z wszechstronnie przez nią udokumentowanych faktów wyłoniła się brutalna prawda o udziale Oskara Bielawskiego w tragicznych losach, jeszcze jednego znakomitego, tym razem poznańskiego poety - Wojciecha Bąka, który nieulękły w swoim ideowym nonkonformizmie, od Kościana - w którym został umieszczony bezprawnie i siłą - rozpoczął swoją psychiatryczną gehennę. Pobyt w tym zakładzie [X. 1950 - III. 1951] był ważnym elementem w odrażającej partyjnej nagonce, zakończonej w 1961 r. jego tajemniczą, być może na skutek celowego otrucia, śmiercią w wieku 54 lat.
Jan A. TOMASZKIEWICZ, specjalista psychiatra
Matuzalem40
25.04.2008 - 17:32


Podpisany

          Solidarność. Poznajcie prawdę, a prawda was wyzwoli. J 8, 32.
          Ja, niżej podpisany(a), pragnę publicznie wyrazić głęboką solidarność z księdzem Tadeuszem Isakowiczem-Zaleskim w jego staraniach o ujawnienie współpracowników bezpieki wśród duchowieństwa.
          Można wyrazić swoje poparcie. Wpis zostanie automatycznie przesłany Stanisławowi Remuszce, który upewni się, że pod nadawcę nikt się nie podszywa. Następnie informacja o nowym sygnatariuszu - UWAGA: tylko imię, nazwisko oraz nazwa miejscowości (kraju) zamieszkania - zostanie dodana w porządku alfabetycznym do poniższej listy (31.05.06, 18:03).
          Na liście sygnatariuszy: Jan TOMASZKIEWICZ, Poznań.


          APEL "Naszej Polski": Wydarzenia ostatnich dni udowadniają, że Polska stanęła na skraju pełzającego zamachu stanu wywołanego przez grupy pragnące nie dopuścić do zmian. Nie pozwólmy! Bronimy premiera, bronimy rządu! Począwszy od jesieni 2005 roku i podwójnego zwycięstwa wyborczego Prawa i Sprawiedliwości, Polska wraca do rzeczywistej niepodległości. Zrzuca z siebie gorset "okrągłego stołu", kontraktu, który zmienił nasz kraj w państwo oligarchii mafijnej, kierowane przez postkomunistyczną nomenklaturę oraz służby specjalne (...).
          To jest rzeczywista przyczyna ostatnich nie przebierających w środkach atakach na PiS i rząd. Dlatego działania Samoobrony, lewicy postkomunistycznej i Platformy Obywatelskiej muszą być traktowane nie inaczej, jak próba przeprowadzenia zamachu stanu i obalenia legalnych władz wybranych przez Naród.
          
Na liście podpisanych: Jan TOMASZKIEWICZ.

Krótko

          Organizatorzy dorocznego Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego im. Jerzego Leca - Miejski Ośrodek Kultury w Nowym Targu - do uczestników: Jedno zdanie. Kilka lub kilkanaście słów. Dwa trzy wersy. To też literatura. Może nawet paradoksalnie trudniejsza od poematu lub powieści. Trudno powiedzieć... Takie zdanie to jak wydobyta z muszli perła - klejnot poezji. Nie każdy tak potrafi. Są jednak mistrzowie: od Kochanowskiego do Sztaudyngera, od Pascala po Leca. Są i naśladowcy, którzy - z lepszym lub gorszym skutkiem - próbują. Forma krótka, więc i wstęp winien być krótki.
          
Kategoria: Aforyzmy. Nadesłał uczestnik konkursu Jan A. Tomaszkiewicz, Poznań, 2004: Milion spłuczek klozetowych nie czyni Niagary. Umysły ludzkie się nie sumują - pułap możliwości każdego ugrupowania społecznego zawsze wyznacza osobnik o najwyższej sprawności intelektualnej.





Autor tekstu:
Janusz L. Sobolewski



reportaże  Powrót do zbioru reportaży